Dzisiaj jest piątek, 24 listopada 2017 roku
 O nas     Wydarzenia     Publikacje     Zapowiedzi     Recenzje     Autorzy     Artyści     Kiosk     Kontakt
  Recenzje

  HOME  

Leszek Żuliński, Totamea. Z ilustracjami Teresy Babińskiej. W opracowaniu graficznym Karoliny Babińskiej. szczecin 2013

Leszek Żuliński: „Totamea”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2013, str. 72

poniedziałek, 17 czerwca 2013 06:23, Latarnia Morska

Jolanta Szwarc

O PORTRECIE, KTÓREGO NIE BĘDZIE

Naturalnie, jak zawsze najpierw obejrzałam pachnącą świeżością książkę z kusząco połyskującym tytułemTotamea starannie wydaną przez Zaułek Wydawniczy „Pomyłka” z interesującą grafiką Teresy Babińskiej. Już tytuł i dobór ilustracji sugerował tematykę książki.
Książki złożonej w sposób przemyślany. Opowiada ona kolejnymi wierszami, jak podmiot liryczny – malarz próbuje namalować swoją kobietę, ale ciągle nie jest zadowolony. Już w pierwszym wierszu szkic jak mozaika rozsypuje się, a rośnie wodna pożądliwość flisaka z wiosłem do łódeczki. To znów czerwone szpilki młódki chodzącej po obrazie drażnią stukotem serce malarza o zwapniałych tętnicach.

Ale co tam tętnice, co tam odleżyny wieku. Pobiegnę za tobą, może dogonię czas. I dalej marzy o łące, o kobiecie tańczącej flamenco dla niego koniecznie w tych czerwonych szpilkach, a on będzie z jej rozkołysanych pól zrywał daktyle i oliwki. I ani kreski więcej, ani nic ponadto / tak ten szkic niech zastygnie, tak niech się pejzaży.
To jednak wcale nie znaczy, że chcieć to móc, bo w kolejnych trzech wierszach potrzebuje jej pozującej. Niepewny w doborze kolorów zwierza się – najgorzej z doborem farbki, / maczam pędzel w niebieskiej, ale to nie to. Kiedyś kobiety wiedziały, że do uzyskania czystości bieli należy do płukania bielizny użyć farbki, a była w drogeriach jedna. Naraz odkrywa w myślach – najpewniejszy jestem w sepii – ona ścieli się w pachwinach, /…/ najbardziej nasycona jest brązem na tej ścieżynce, którą obiecujesz doprowadzić mnie do szału z echem imion w górach i dudnieniem chłopięcego krzyku w studnię. Chciałbym namalować jego atawistyczny zew. / musisz pozować – otwarta do dna przełęczy. Pomyślałam sobie, że bycie malarzem, ale i modelką, jest rzeczą trudną, bo artysta umie zrugać, żądając naturalności, której sam nie potrafi wydobyć. Oboje marzą o sławie. JużHarasymowicz odkrył, że „pierwsi do wypłaty się chudej garniemy, a za nas / i tak inny na Olimpie siedzi.” A siedzi, siedzi, ale zawsze jakaś szansa na zdobycia szczytu jest. Na naszej mansardzie marchand nie przysiądzie, / jednak zlecą się setki, jeśli przestaniesz się wiercić, do diabła!

Malarz niepewny swoich umiejętności zaczyna rozważać, jak malowali inni i tu Leszek Żuliński przedstawia nam całą plejadę wielkich. Wśród nich KramskojKlimtLautrecStarowieyskiPicasso, a każdy tworzył na swój sposób. Jednemu wystarczało to, innemu tamto, a może… malować cię nieostro, w smudze, wizgu, w poruszeniu / zwłaszcza serca, w jego łomocie, ale obrazu nie ma, wszystkie sytuacje malowane są słowem wspieranym przez artystkę Teresą Babińską.
Poeta, malarz czy gawędziarz?
Beata Golacik w Łupkach zamieściła miniaturę – Ty – totus Tuus znak / poezja to tatuaż ja / tota Tua. Obserwuję, że ten łaciński zwrot od chwili użycie go przez papieża Polaka robi swoistą karierę. Malarz – bohater wierszy przypomina sobie – powiedziałaś kiedyś jestem tota tua i tym łacińskim stwierdzeniem ona coraz bardziej zaczyna wrastać w jego pejzaż. Dotąd bezimienna, zatem nieistniejąca, przywołana ma być do życia, choć z ograniczoną wolnością. Nad strumykiem zaczerpnę wody w garść / i ochrzczą cie nowym imieniem Totamea. Jak dobrze mieć Meusię. Szałas zbuduje, będzie czekała z wrzątkiem na herbatę. Zejdę zaraz z gór /…/ zamknij dłoń, w jej kokonie / cały świat. będę się tam jedwabił, paprocił, piwniczył i płożył. Dopiero po trzęsieniu ziemi, przeciągu i detonacji rozchyl palce – wyfrunę z dłoni, ale przysiądę niedaleko. Już po wszystkim, błoga cisza zmysłów i oddechów. Tylko farby będą dziwić się sobie i struktura kanwy nie przestanie falować. rama obrazu rozpadnie się z trzaskiem. 

I tu autor mnie zaskoczył. Bohater jest malarzem czy hafciarzem? Kiedyś zdarzyło mi się wyszywać obraz wełną na dość grubym, siatkowym materiale – kanwie. Chyba jednak doszłam do sedna. My, Polacy wyszywamy portrety, pejzaże, martwe natury na kanwie, a malujemy na płótnie, Anglicy natomiast materiał, na którym malują nazywają „canvas”, a ponieważ Leszek Żuliński niechybnie oblatany w językach, to niechcący wpuścił mnie w maliny, ale tylko przez moment. Otrzepałam piórka i z zaciekawieniem dalej śledzę, jak malarz chce namalować kobietę, która gdzieś mu migoce w światłach. Denerwuje się – może w ogóle nie istniejesz, a przecież dobrze wiesz, że nie jestem / abstrakcjonistą. maluję mięso, nie jego ideę.

Cały czas malarz planuje obraz i obmyśla techniki. Hmm, akwarela nie, bo… Zauważyłem ostatnio, że więcej mówię, niż maluję. Ale czy to wszystko ma sens? Moi koledzy poeci, / robią to samo – świat zamykają w złotej klatce wiersza i zaczynają wierzyć, że jest prawdziwy. Cóż, świat jest dla wszystkich. Jedni mocno trzymają się ziemi, inni unoszą się nad nią. Po łyżce mleka wszystko jest możliwe, jak u Chagalla. „Chodź do nieba. Tam odpoczniesz. / Tylko nie patrz. / Tylko nie myśl. / Polecimy skośnie, skośnie, / aż się nigdy nie znajdziemy” (J. Kulmowa). Jednak zanim się uniesiemy, musimy się przygotować. Zaraz, zaraz, a może gwasz? A może patrzeć oczami, a widzieć palcami? Jak dotrzeć do początku człowieczeństwa… Skąd mi się to wzięło? Chyba nie ze sztychu, chociaż ostro rznięty. A cóż Herbert mógł wiedzieć o sztychu? oni poeci, / słyszą tylko fechtunek słowem, szczęk głosek i tupot składni. Niewinne zabawy. Takie ludzkie przecież. Sztuka nie kłamie, Sztuka nie rani, Sztuka piękno niesie zależne od smaku. Do tworzenie potrzebny jest spokój, a tu ona nago chodzi po pracowni. Sterczące sutki wyznaczają trasę, żarna pośladków mielą / odległość między nami. wiem, co zrobisz za chwilę - / położysz się niedaleko mnie, rozsuniesz uda i będziesz / kusiła.

Nie, w takich warunkach nie można pracować. Co ważniejsze? Życie, czy omam wieczności na płótnie? Zuzannakusi, obrazu nie będzie, a do kuszenia w haremowej scenerii dorzućmy jeszcze z innych kultur trochę, przecież globalizacja. Jakże nie skorzystać. Trochę z Hiszpanii, brylant z Indii w pępek, bransolety z Afryki i można zagrać. Wysokie ce wyłuskać / z sopranu, gdy będziesz wzbijała się pod sufit i niskie alty / w czasie opadania. wbij mi paznokcie w plecy. / niech na płótnie zostanie pięć bruzd – zapis tego szału. Malarz jest wytrwały, chociaż za plecami słyszy – O! nasz drugi Podkowiński. Już go szufladkują, nie widzą inności, zwykli rzemieślnicy, a przecież przyjdzie w końcu taka chwila kiedy pędzel sam potoczy się po płótnie i zmieni mimesis w katharsis. Dlatego artysta musi znosić różne przykrości, zadawane sztychy, bo taka jest cena za Sztukę, ale co zrobić, gdy nie ma pomysłu, brakuje języka? Z historii sztuki posklejać? Wziąć trochę z Rublowa, kapkę zChagalla, trochę plam z taszystów, bryłki od kubistów posadzić na czerwonej trawie, pokropić literami z „Pieśni nad pieśniami”. Jakieś fatum ciąży nad malarzem – posyłam ci ten szkic / na nim tylko dym. Czuje rozpacz i słodycz płonącego mięsa. Anus mundi jest ciągle, dlatego może bardziej trzeba żyć, niż uprawiać terapię przez sztukę i w ten sposób wyrównywać życiowe niedostatki. Malować jakąś Galeteę… Tylko kto ją ożywi? Łakniemy jak nasi przodkowie piękna ideałów, jakiejś odskoczni od szarzyzny, od sparciałego otoczenia. W muzeach odnajdujemy memy, tak jak w archiwach szukamy przodków i wspólnych z nimi genów.
Dostajemy sztukę w spadku, i nieważne, że mami, że wabi, że wygładza, zmiękcza, zasłania. Powiem za słowami poety -  a sztuka? niech robi ze mną co chce / zupełnie jak ty. Ci, którzy starali się nas wyposażyć, odeszli Tam, gdzie  czas nie nagli, z Tu przyjdzie się pożegnać, a póki co niech malarze wstawiają świat w ramę, albo zatrząsną w wierszu. Z niego nie ma ucieczki i czas staje w miejscu jak zepsuty zegar. To taka nieśmiertelność zastawiona przez śmiertelnych. Śmiertelności nie da się uniknąć.

Jak  nie dostrzec róży Salwadora i Małego KsięciaŹle wymyśliłem twoje imię, powinnaś nazywać sięTodamea? / sein zum Todamea /…/ weźmy się w trójkę za ręce i idźmy dalej przed siebie. Żyjmy tak jak inni w przestrzeni podobnych gestów, rytuałów (Chwileczkę, czas na herbatę w miśnieńskiej filiżance.), schematów. Żyje „się” tak w społecznym zniewoleniu i tak jest dobrze. Wolność przychodzi, kiedy odczuwamy grozę śmierci, samotność i absurdalność świata. Co nas czeka, to dopiero się okaże. Czy zamkniemy spokojnie oczy, czy dopadnie nas jakaś powtórka z historii. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, jaki będzie jej nurt, tego nie da się przewidzieć.
Na razie żyjemy bardziej lub mniej myśląc o kruchości życia. Mamy zawsze szansę cieszyć się w muzeach tym, co utrwalone. Nie zastanawiamy się nad brakami dzieł, które bezpowrotnie zginęły, bo zabrakło ich twórców – ofiar tragedii.

Co się dzieje? Czyżby malarz zapomniał o sztaludze i pędzlu? Odpowiedzią na moje pytanie jest kończący tomik wiersz „Most rozwodzony”. Malarz dochodzi do wniosku, że portretu nie będzie, bo zderza się w nim trywialność zsacrumW to wszystko miesza się Malczewski ze swoją kosą na sztorc. Znów dałam się zwieść autorowi, bo zamiast o śmierci pomyślałam o naszych kosynierach, którzy przekuwali na sztorc, o dziewięćdziesiąt stopni, zwykłe noże kos rolniczych. Przekute noże stanowiły jedną linię z drzewcem. Natomiast atrybutem śmierci uMalczewskiego była najzwyklejsza kosa gospodarcza. Choć jedna i druga może uśmiercić, to tylko ta bojowa może być na sztorc, ale to drobiazg. Jestem z tego pokolenia, które wychowało się na obrazach Chełmońskiego,Grottgera, lekturze Nad Niemnem i ekranizacji tej powieści.

Wracając do myśli głównej, najtrudniejsze dla malarza jest scalenie ciała z duszą. Kiedy malowałem ciało, wychodziła mi z tego martwa natura /…/ były momenty, gdy zdawało mi się, ż połączę jednym mostem / Avignon z Las Vegas, ale wtedy nie starczało talentu. Jeśli nie chcemy twórczych porażek, należy uciekać w codzienność, nie myśleć o śmierci, bo jak już wcześniej napisał Leszek Żuliński – życie, nagie życie warte jest prawdziwego grzechu, buntu, szaleństwa.

Totamea to ciekawa i mądra lektura. Autor erudyta wymaga od czytelnika skupienia. Mamy tu do czynienia ze zderzeniem świntucha ze świętym. Całość wypowiedziana ciepłym tembrem głosu, słowem bogatym w niebanalne porównania, metafory i neologizmy. O przemyślanej, pięknej kompozycji już pisałam.

Leszek Żuliński: „Totamea”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2013, str. 72

Jolanta Szwarc

http://pisarze.pl/recenzje/4700-beata-golacik-komentarz-do-lektury-totamea-leszka-zulinskiego.html

Beata Golacik

Komentarz do lektury… „Totamea” Leszka Żulińskiego

http://pisarze.pl/images/stories/thumbnails/images-stories-totamea-199x278.jpgPrzyszło mi opowiedzieć o wyjątkowej książce, na której odbiór składają się trzy równoważne elementy: forma, obraz i tekst. Określić tę publikację przymiotnikiem „piękna”, to niewystarczające. Piękno jest pojęciem szerokim i w odniesieniu do tej książki wydaje się szczególnie nieprecyzyjnym. Spotykamy się  bowiem nie tylko i nie tyle z pozycją wydawniczą o wysokich walorach estetycznych (to możemy obserwować w wielu dziełach), ile ze zjawiskiem przenikania się różnych dziedzin sztuki, dynamicznym synkretyzmem, dzięki któremu, każdy z elementów publikacji zyskuje na wartości, jakby wzajemnie „podbijając” swoje notowania. Ekskluzywna forma – elegancja składu, jedwabista gładkość papieru, eksponują walory grafiki, ta zaś przydaje głębi zamieszczonym tekstom. To się nie zdarza często. Tomik wierszy Leszka Żulińskiego – „Totamea”, wydany przez Zaułek Wydawniczy Pomyłka, nazwałabym „książką trzech zmysłów”. Sensualność bowiem zdaje się być ważną płaszczyzną „porozumienia” między książką a czytelnikiem, z którym nawiązuje ona kontakt właśnie poprzez zmysły: dotyku, wzroku i słuchu (słowa).

Dlatego nie sposób nie odnieść się na początku do wizualnej strony tomiku, w którym ilustracje stanowią autonomiczną całość, jaką można „smakować” niezależnie od treści. Grafiki Teresy Babińskiej nie sprowadzają się tu do roli dopełnienia, czy obrazowania wierszy. One im towarzyszą jako odrębne dzieło sztuki. Czytając tę książkę, miałam wrażenie uczestnictwa w wernisażu, podczas którego dane mi było obserwować zjawisko „dwukierunkowej” ekfrazy, gdzie wiersze i obrazy interpretują się wzajemnie i doprawdy trudno rozstrzygnąć, czy grafiki uszczegóławiają świat przedstawiony poety, czy na odwrót – rzeczywistość obrazu przetworzona jest na język poetycki. Ilustracje do „Totamei” przywodzą mi na myśl malarstwo Marca Chagalla. Nie ma tu, rzecz jasna, odwołań do fenomenalnej kolorystyki mistrza, mamy przecież przed oczami czarno-białe grafiki z elementami w odcieniach szarości, brudnej zieleni czy sepii. Chodzi mi raczej o kształty postaci – obłość ich gestów, jakby opisanych na okręgach, elipsach, a także jakiś rodzaj uniesienia, lotu, ruchu – co zresztą dobrze koresponduje z wymową wierszy. Żałuję, że tylko w ten sposób – amatorski i zdawkowy – mogę nawiązać do kompozycji Teresy Babińskiej. Nie mam wystarczających kompetencji ani doświadczenia w omawianiu dzieł z kręgu sztuk plastycznych, a jestem przekonana, że grafiki te zasługują na profesjonalną ocenę i poświęcenie im uwagi w nie mniejszym stopniu niż prezentowane wiersze.

„Totamea” – jeden z piękniejszych tytułów zbioru wierszy, jaki czytałam,  zaczerpnięty z intymnego języka, którym porozumiewają się ze sobą malarz – bohater liryczny i jego modelka. „powiedziałaś kiedyś: jestem tota tua… od wtedy/ rozcieram te słowa pod językiem,” [A IMIĘ TWOJE…]. „Cała twoja” – ta deklaracja, ta obietnica przyjęta za prawdę, przekształcona zostaje w nazwę własną – „Całamoja”. Przy akompaniamencie tego imienia, przechadzamy się po pracowni artysty, który pragnie namalować kobietę, nie po raz pierwszy, jak możemy się domyślać, ale być może po raz ostatni. Wiersz rozpoczynający tom – „SZKIC NIEPEWNY NICZEGO”, wprowadza czytelnika w wewnętrzny świat bohatera, który jawi się jako swoiste studium przypadku, rozpisane na trzydzieści lirycznych odsłon, z których każda jest w zasadzie odbiciem tej pierwszej. Przytoczę więc wiersz w całości:

z zamkniętymi oczami rysuję cię w sobie,
na razie jest to szkic rozsypujący się na drobne.
ta ciemność – to twoje oczy, błękitna plama
– fragment bielizny, smak ust – syrop klonowy,
jego sepia przykleja się snem do oka.

chyba na razie nie umiem namalować tego, co chcę,
tylko wzburzone morze. ono szumi, przelewa się,
podchodzi mi do kolan, gardła, do brzegu ostateczności.

tam cumujesz, niedaleko mnie. Wczoraj zasnąłem
z wiosłem na twojej łódeczce. gdyby morze
przestało falować, niech ten obraz się zamknie.
może czas zatrzyma się raz na zawsze. i moja ręka,
i twój werniks na rozmazanej kanwie.

Mamy zatem do czynienia z dramatem twórczym i egzystencjalnym zarazem. Malarz staje wobec problemu niewystarczalności dotychczasowych środków wyrazu, jakiejś twórczej bezpłodności, powodowanej bliskością relacji, która go połączyła z modelką. Oto nagle sama wyobraźnia nie wystarcza, by przenieść rzeczywistość na płótno. Ciało wygrywa batalię z wizerunkiem, z zamysłem, wizualnym projektem. Emocje biorą górę nad artystycznym oglądem. Barwy, detale ubioru, fragmenty otaczającego świata przestają być posłuszne malarzowi, przekraczają granice zmysłów odpowiedzialnych za powstawanie obrazu, przechodzą w smak, dotyk, falowanie. Erotyka zdaje się zwyciężać nad sztuką. Do tej konfrontacji dochodzi jeszcze perspektywa nieubłaganego końca – ostateczności. Fabuła tego cyklu nie zmierza do jakiegoś określonego celu, nie doprowadza do happy end’u – obrazu Totamei nie udaje się namalować (co było do przewidzenia już na początku lektury, mam więc nadzieję, że nie popełniam wobec czytelników grzechu, ujawniając przedwcześnie zakończenie). Wiersze skupiają się na opisie rozterek bohatera, opowiadają jednak historię, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach: realnej – sceny z życia codziennego w pracowni malarskiej i poza nią; kulturowej – odniesienia do prądów w sztuce współczesnej; filozoficznej – próby dociekania istoty ludzkich przeżyć i przede wszystkim psychologicznej – zmagania podmiotu lirycznego z samym sobą. Klasyczny werteryzm, osadzony w realiach współczesności, oscylujący wokół doznań cielesnych – pożądania i niezaspokojenia, może tylko bez skłonności samobójczych, które tutaj zastąpione zostały finałowym skokiem w „odmęty hedonizmu” i deklarowanego stoicyzmu.

A jaka jest ta poezja? Zmysłowa – to na pewno. Pisana z, jak mi się wydaje, charakterystycznym dla Żulińskiego rozmachem – wielosłowiem, które niekiedy, w połączeniu z serią neologizmów, może trochę męczyć: a ty mi się lśnij, ty mi się rozspiżaj, rozmiedziaj,/ rozzłacaj – słońce czułe  wyzgrzytam jak sztycharz Heliosa [SZTYCH ZMYSŁOWY]. Mimo pojawiających się gdzieniegdzie próbek lingwistycznej dykcji, poezja ta pozostaje wierna dotychczasowemu stylowi Autora, przesyconemu kulturową ornamentyką, żarliwymi porównaniami czy metaforami takimi jak: wcielenie niespełnienia, eter kosmosu, Wieża Babel ciała, menora dłoni, ułuda Kolchidy, ciepło zastyga bursztynem, stoję przed sztalugą jak Tantal, leżysz jak Wenus przed lustrem…, które jednak bronią się w kontekście całej tej efektownej sfery gorących uniesień lirycznego „ja”. Owa spójność obrazowania, wydaje się najsilniejszą stroną tej poezji. Autor „Totamei” zbudował wokół swojego bohatera niezwykle wiarygodną scenerię, rozległy pejzaż malarskich detali. Dotyczy to zarówno rekwizytów, jak i pojęć związanych ze sztuką oraz licznych odwołań do rzeczywistych postaci artystycznego świata: nazwisk malarzy, filozofów, poetów, z którymi podmiot liryczny nawiązuje już to dialog (monolog), już to spiera się bądź polemizuje. A wszystko to opisane jest bogato i potoczyście, lecz naturalnie, naturalistycznie niemal i bardzo sugestywnie. Znakomicie wyczuwa się tu atmosferę atelier malarza, pulsującą jego amokiem twórczym i dyskusyjnym. Ta „artystowska” aura  unosi się nad każdym wierszem tomiku. Ale specyficzna dla Żulińskiego nadekspresyjność językowa znajduje w tych wierszach wyjątkowe uzasadnienie i działa na korzyść jego poetyckiej kreacji.

„Totamea” może być odczytywana jako swoisty moralitet egzystencjalny i chociaż jej charakter dydaktyczny nie szokuje oryginalnością, jak choćby w tym przykładzie: „bowiem zyskujemy także przez odejmowanie./ stoimy wszyscy w kolejce do pieca i wchodzimy weń/ jak plankton w paszczę wieloryba.” [TYLKO DYM], to możemy napotkać w tomiku kilka nieco ciekawszych obserwacji filozoficznych, jak np. tu: „wędrówka mitów jest szukaniem prawdy. religia jest/ jej umacnianiem. filozofia –  pomnażaniem. a sztuka – domysłem.” [SPACER DO SKLEPIKU]. Jednakże, przy ogólnym swym ukierunkowaniu na „memy” kulturowe i refleksyjność, poezja ta pozostaje „celebracją powierzchowności”. Bohater, w bolesnym doświadczeniu ludzkiego „bytowania ku śmierci” (Sein zum Tode), ucieka łapczywie do świata cielesnych doznań, pożądliwości, ekstaz i zachwytów – dramatycznie chwilowych. Ten neurotyczny i egotyczny „taniec zmysłów” w „krainie Hedonii” wydaje się sposobem na zagłuszenie jego wewnętrznej pustki. Duchowość sprowadza się do emocjonalności, a kobiecość pełni rolę służebną. Totamea jest modelką, muzą, obiektem – ważnym z punktu widzenia pragnień i potrzeb artysty, podobnie jak sztuka – swoistym opium uśmierzającym ból istnienia. Patrząc na nią oczami lirycznego malarza, widzimy przedmiot obiecujący rozkosz fizyczną i ekscytację uczuciową, ale dostrzegamy tylko jej powierzchnię. Obserwujemy w szczegółach, jaka jest (zwłaszcza dla poety-malarza), a nie kim jest i co przeżywa. Z takim typem bohatera tragicznego – rozpalonego „kochanka życia”, „narkomana doczesności”, którym wstrząsa dramat przemijania i nieuchronność śmierci – spotykamy się u Leszka Żulińskiego już wcześniej. Choćby w tomie „Ja, Faust” (2008), gdzie mamy do czynienia z podobnym – „użytkowym” charakterem relacji między mężczyzną a kobietą; czy też w wielu wierszach z tomiku „Dzieci z Hameln” (2012). „Totamea” zdaje się być kontynuacją tej poetyckiej narracji, opowiadającej o kryzysie męskości, rozdartej pomiędzy pożądaniem a niespełnieniem, sztuką a życiem, szaleńczym pragnieniem a niemocą. „Totamea” wciąż opowiada tę samą historię – Faust się nie zmienia, zmieniają się tylko Małgorzaty.

Leszek Żuliński: Totamea. Zaułek Wydawniczy Pomyłka. Szczecin 2013, str. 72

 




   
2017 © Zaułek Wydawniczy Pomyłka || CMS System powered by media-projekt.pl || Design by Promoline