Dzisiaj jest piątek, 22 września 2017 roku
 O nas     Wydarzenia     Publikacje     Zapowiedzi     Recenzje     Autorzy     Artyści     Kiosk     Kontakt
  Wydarzenia

  HOME  

Wyniki konkursu na ekfrazę tryptyku Hieronima Boscha

Z przyjemnością ogłaszamy wyniki konkursu na ekfrazę Hieronima Boscha, zorganizowanego przez portal Fatamorgana oraz Zaułek Wydawniczy Pomyłka.
 

  • 1. miejsce dom/rtęć/skrzydła - Piotr  Nita
  • 2. miejsce Popołudnie Ewy - Natalia Dudkowiak
  • 3. miejsce Ogród rozkoszy ziemskich - Michalina Brachaczek

 

dom/rtęć/skrzydła
Piotr Nita

1.
- ołów jak dom

Czas spływa z nieba, z nieba zstępują potwory. Ptactwo kołuje wokół głodnych pinakli, pinakli umazanych ochrą, szepczących coś z grubsza o geometrii. Grzech jest gdzieś, gdzieś czeka na wypełnienie.

Wypełzanie na ląd trwa nieprzerwanie, nieprzerwanie rosną odnóża. Spóźnialskie wykociły się gady, gady aksamitne i te czarne piór najbardziej zazdroszczą, niemal tak jak włosów. Owijają się wokół wyniosłych pni, pni skupionych jedynie na przemijaniu, nie ubabranych działaniem.

Pukle rude ma i króliki płodne za sobą, sobą jest nieśmiało, bo od niedawna. Już śnią jej się świeże owoce zroszone sal mirabile, sal mirabile co wprost ze słowa się zlała, meandrem sen ominąwszy. Nos rozdzielony na dwoje w książkę wściubia się najłatwiej, najłatwiej snom wspinać się po niebielonym pniu.


2.
- w rtęci cały warsztat

Na uciechy spod szypułek gęby rozdziawiają, rozdziawiają zgodnie, zbici stadnie pod dziobkami, dziobkami porzuconego ptactwa, któremu gniazd zabrakło, piskląt również i płci. Rozpalone jak kowadło źródełko częstuje skrawkami młodości, młodości palonej w szkle, w szkle odlanym w kopułki i bańki, w kolby i w menzurki. Po krnąbrnej orbicie krąży parada, parada zwarta grzywami ryb, końskimi skrzelami, ptasimi wylinkami, całą menażerią galopu, szpalerami dziczyzny na oklep ujeżdżanej, ujeżdżanej do żywego gołym zadem.

Słodkie jagody i igraszki przemian przerwanych w pół słowa, słowa które zanim się stało już wypaczyło, wypaczyło zadeptane gadzim wpełzaniem, zaszywaniem się w otworach, w zakamarkach tkwieniem robaczym. Obraz to próżnej chwały i smaku poziomki czy granatu, granatu którego smak zaczyna się czuć, czuć zaraz potem jak przeminie. Smak morwy wraz z ludzkim zagoniony do baniek, baniek jak batyskafy schodzących w maciczne rewiry, rewiry embrionalnej medytacji i płodowego wierzgania na pępowinie, którą gdzieś podwinięto.

Na cienkiej skórce rozkosze żołądka i podbrzusza przyrządzane, przyrządzane stadnie, bez zażenowania - piesko, piesko zlizywane soki i płyny wkradające się już do łask alchemii. Sztuka przemiany dotyku w ekstazę tętni spod murawy, murawy grząskiej i wonnej ciałem, ciałem tysięcy. Zapomniana to wiedza, które zwierzę z którym przyczyniło się do pomieszania, zapomniana to wiedza, które otwory braterskie, które siostrzane, a które sieroce, zapomniana wiedza to - krew najlepszym lubrykantem.

3.
- bractwo złotem lub tombakiem

Kulinaria na ludzkiej bazie, bazie chlastane juchą, juchą wypełniane kichy, kichy wiecznego grające obertasa. Rozlewiska ludnego zgiełku zżarły horyzont, horyzont katorżniczej huty - korony przemysłu pożerania, pożerania się od dziobów, bo krnąbrne są ogony; ogony symfonii nie dopisane na czas do rękopisu - grają tu do snu. Przeszywa ta muzyka, te chóry, to instrumentarium na wskroś i dalej, dalej prze napędzane tętnem małżowin ostrze, do zagłębień chętne, chętne jak kutas i do wynurzeń również skłonne, niczym wieloryb z brei bajora fekaliów, fekaliów wyżętych na strunach z ciała wątłego.

Ozdrowieńczą lewatywę lekką ręką przepisano wszystkim grobom, grobom toczonym zgagą krwistą, nicującą pogrzeby jak nieznośnego uczniaka rękawy, rękawy ze zdrapanymi do cna powiekami. Stąd namnażają się lawiny larw rozkochanych w ostrzu, w ostrzu któremu przepowiedziana została pamięć, pamięć nafaszerowana ku przestrodze gnojówą i szkłem, wkopana pod kieckę, oćwiczona buciorami pod melodię, melodię grozy. Zady żarłocznie wypięte jak niepełne rodzinne mogiły wypatrujące monety, monety chętnej do złożenia w smolny przerębel, przerębel łasy na wszystko, wszystko średnicą równe jest monecie.

Bijący na alarm dzwon z sercem z człowieka, człowieka z którego tylko smród dynda, dynda i opada wprost w melodię, melodię zębatych wagin. Szczerbate uśmiechy i zjedzone dziąsła, dziąsła przeczesane struną, struną cięta ludzka przekąska, pudło rezonansowe z żeber, z żeber - niezdarnej lunetki - nie widać już niczego istotnego. Wciskać co bardziej ludzkie, w co mniej ludzkie zakamarki obmyślono chytrze, chytrze bydlą przeglądając się w wypiętych otworem lustrach, lustrach na czworaka trawiących nieudolnie, nieudolnie jak tylko można.

- zamknięcie skrzydeł

Po zamknięciu świat spoczywa, spoczywa na brzuchu leżąc, leżąc na płask w wodzie, w wodzie jasnej i czystej, lśni, niby od olejków lub od matczynego dotyku wprost ze słońca. Na desce jest wszystko - od sęka, do sęka.

 

Popołudnie Ewy
Natalia Dudkowiak

Stworzenie

Siedziała na balkonie w bujanym fotelu. Na kolanach robótka ręczna, okruszki ciastka rozsypane w imitację kwiatowego wzoru na spódnicy. Różowe policzki drgały lekko w takt układających się kolejno sennych obrazów. Na południe od miasta mieszkały jej siostry, stare panny wariatki o wiecznie zapuchniętych od płazu oczach. Przyrządzały herbatę w chińskich filiżankach, młodsza nie miała palców u nóg, starsza nerwowo chichotała. Uraza i absurd. Kiedy Ewa zamierzała je odwiedzić, kupowała jabłka i galaretki w cukrze, wizyty były krótkie, pocieszające. Ale dziś spała w fotelu, kot roztracał łapka fałdy koca, który zsunąwszy się z jej kolan zasłonił mu widok z balkonu. Chłopiec był niespokojny, Bóg jeden wie, dlaczego zaprosiła go do siebie. Nie ma czego mu oddać w dziedzictwo, czym zachęcić do przyjścia. Nie umie jeszcze przepraszać. A teraz śpi nieprzygotowana – żadnych przedmiotów, pokoju, mebli, imion.

Ogród

Spotkała go na przejściu dla pieszych, była w czarnej, długiej sukience, eleganckim kapeluszu. Mając cechy tej jednej, konkretnej Ewy była jednocześnie wypadkową wszystkich, które znał, rozszczepiona, jak źle nałożone warstwy kolorów na wydruku. Zaprosiła go do domu, mówiła o latach, które minęły od ostatniego spotkania, mówiła o zakupie płasko tkanych dywanów, o wymianie drzwi prowadzących na strych. Potem milkła, oblizywała kącik ust, w którym zebrała się kropla soku. Kiedy była dzieckiem mieszkała z rodzicami w małym, niskim mieszkaniu nad pustymi garażami. Teraz to miejsce kojarzy jej się z chińskimi zupkami, które jadała po lekcjach i albumem o niewytłumaczalnych zjawiskach. Pasjonował ją temat samospalenia. Nagły wybuch wewnętrznego wulkanu, ogień trawiący krzesło, stół i parkiet w kilkucentymetrowym zasięgu ofiary, a potem gasnący równie nagle jak się pojawił. Czarnobiałe zdjęcia garści popiołu, i tylko jeden but bądź warkocz odrzucony lekko w bok, jak nietożsama część ciała. Przy każdej anginie myślała, że umiera, jej gorączki jednak były bezradne wobec paracetamolu i baniek stawianych wprawioną ręką matki. Anginy. Bańki. A teraz tylko to, samodzielne, dojrzałe życie jak wystraszony karaluch o smutnej facjacie.

Popołudnie

Kiedy miała opowiedzieć o chłopcu, spostrzegła, że nie ma nikogo z kim chciałaby o nim rozmawiać. Nie ma jeszcze imienia, nie ma też pokoju, gdyby nie zechciał przyjść i nie ma babci. To nic. Ewa nie lubi starych kobiet karmiących gołębie zeschniętym chlebem, prowadzących małe, śmieszne pieski w sweterkach na niepotrzebne spacery. Ich spieszczone serdeńka i pańcie mieszczą więcej sztucznej perły niż serca. Kupi mu niebo. Niebo ma smak bitej śmietany z jagodami, grubą warstwa nałożonej na pełnoziarnistego gofra. Kupi mu gwiazdkę na patyku pomalowana złotym sprayem. Różowego słonia i fontannę czekolady. Popołudnia Ewy są jasne jak mąka, widziałaby to, gdyby ich nie przesypiała. Córka sąsiadów gra na pianinie przez dwie godziny, przychodzi czasem listonosz i zostawia awizo. Siostry dzwonią na wszystkie dostępne linie telefoniczne, ale sen Ewy jest mocny, jak mocne są słowa rozgrzeszenia i ogłaszania werdyktu. Kim był chłopiec? Ja sobie go wyobrażam jak patrzy przez okno i liczy spadające jaskółki, jak wydłubuje z doniczek zapałką nasiona prosa. Ma ziemię pod paznokciami i alergię na krowie mleko. Gdyby Ewa się teraz obudziła, zobaczyłaby koniec świata, ten, który przychodzi pod wieczór, w ciszy zalewa łąki i polne drogi. Dusi rybki w akwariach, ptaszki w klatkach i fikusy stojące na bliźniaczo do siebie podobnych balkonach w stylu prowansalskim. Jaki miły dzień tuż przed końcem świata. Jaki dobry by powić, jaki piękny by poronić.

 

Ogród rozkoszy ziemskich
Michalina Brachaczek

I

moment stworzenia. oddziaływanie znaczeń nie rozpocznie się,

póki nie nadamy rzeczom sensu. wszystko, co wcześniej, to tylko białe kartki

i niewinne spojrzenia. czystość nienaruszona pomysłem.

może powinniśmy trwać w bezczynności nieuruchomionych maszyn?

niezdobyte górskie szczyty milczą na ten temat.

 II

moment wahania za nami. błogosławiony, kto pierwszy odważył się zerwać ten owoc.

nigdy więcej intelektualnych rozgrywek. wystarczyć nam muszą wiśnie i truskawki,

szaleńcza bliskość rozgrzanych ciał.

jest dobrze. zapomnij, że mogło być lepiej.

pomyśl, że nie istnieje nic poza rozkoszą,

którą odkryliśmy. że nie ma żadnej głębi.

jeden sens, jedna prawda.

pchnięta kula się toczy.

 III

zastanawiasz się czasem, co może być konsekwencją?

nie, nie chcę brzmieć patetycznie,

ale kiedy dotrzesz do końca, dowiesz się,

że nie było warto. że było piękno, którego nie dostrzegłeś.

na razie jednak nie otwieraj oczu.

od uprawiania moralizatorstwa wciąż lepszy jest seks.

 

Laureatom gratulujemy.





   
2017 © Zaułek Wydawniczy Pomyłka || CMS System powered by media-projekt.pl || Design by Promoline